Gdzie są gwiazdy „Fasolek”?

W związku z realizacją obowiązków zawodowych miałem okazję słuchać ostatnio wielu piosenek dla dzieci. Wiele z nich, to utwory już leciwe (nieraz pełnoletnie), które znam z własnego dzieciństwa. Swoją drogą – czyżby teraz nie powstawały dobre piosenki dla dzieci? Wiele kawałków z lat osiemdziesiątych przeżywa ostatnio drugą (i kolejne) młodość, pojawiając się na kolejnych płytach, w nowych aranżacjach, z nowymi teledyskami pełnymi nowoczesnych efektów komputerowych (choć te stare mają swój klimat;) ). Dzieci się zmieniają, piosenki wciąż te same.

Coś innego jednak mnie zastanowiło. Znakomita większość tych „przebojów wszech czasów” to utwory wykonywane przez zespół „Fasolki”. Kiedyś bardzo popularny, powszechnie obecny w mediach – pewnie też dlatego, że nie było wielkiej konkurencji – obecnie nadal aktywny, choć z dużo mniejszym rozgłosem. Zapewne z korzyścią dla śpiewających w nim dzieci. Właśnie – dzieci. To o nich chciałem pisać.

Otóż: zwrócił moją uwagę fakt, że dziś praktycznie nie słychać o ludziach, którzy aktywność artystyczną zaczynali w „Fasolkach”. Przez zespół przewinęły się dziesiątki osób, na pewno utalentowanych, które włożyły w śpiew mnóstwo pracy. Przy takiej obecności w mediach, nagrywaniu płyt, wykonywaniu piosenek, które stały się hitami wielu pokoleń można by się było spodziewać, że wyrosną z nich gwiazdki szoł-biznesu. Wydawałoby się to naturalne, choć kilka nazwisk powinno się pojawić na współczesnej scenie muzycznej.

Tak się jednak nie stało. Jest kilka wyjątków (np. Joanna Jabłczyńska, Monika Mrozowska i inni – za Wikipedią), głównie teatralnych, jednak potraktujmy je jako potwierdzenie reguły. Dlaczego?

Może dlatego, że śpiewające maluchy raczej nie miały znanych rodziców? Może taka specyfika zespołu, może to kwestia podejścia prowadzących do ich podopiecznych? Nie mam pojęcia. Myślę jednak, że to dobrze. Że przede wszystkim zyskują na tym dzieci, które po wokalnym epizodzie mogą wieść spokojne życie i rozwijać się w swoich ulubionych kierunkach. I że nie wpadły w pułapkę popularności, wielkiego świata i „wielkich” pieniędzy.

Joanna Jabłczyńska

Reklamy

Szklanka wody, czyli jednak mnie nie obchodzisz

W tekstach piosenek sporo można znaleźć „złotych myśli”, których finalny wydźwięk może być dość przewrotny. O jednym takim przypadku już napisałem.
Tym razem zatrzymam się na chwilę nad tekstem znanej i popularnej (parę lat temu) piosenki zespołu Bajm.

Szklanka wody nim przestaniesz brać
Obiecałeś sobie – to był ostatni raz
Spojrzysz matce w oczy całkiem wolny tak
Ołowianą chmurę pokonałeś sam
Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie,
Nie obchodzi mnie jak na imię masz

Nie obiecam Ci, że lepszy będzie świat
Ważny jest oczu Twoich blask
Nie obiecam Ci, że czas ukoi ból
Ważne, że jesteś tu…

Cały tekst wydawał mi się zawsze niejasny. Niby odnosi się do tematu narkotyków (brać), albo może innych nałogów… W takim razie zamotanie w treści może być uzasadnione;)

Uwagę moją przykuły słowa:

Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie,
Nie obchodzi mnie jak na imię masz

W kulturze imię ma bardzo ważne znaczenie. Jest określeniem, nadaniem znaczenia. Wręcz nadaniem istnienia (w starożytnej kulturze to, co nie posiadało imienia — nie istniało). Bóg stwarzał świat nazywając rzeczy, chłopiec stawał się mężczyzną przyjmując nowe imię. Imionami i przydomkami określano przymioty władców. Imię identyfikuje, jest cechą unikalną, własną — nie tylko w dowodzie, ale w świadomości. Skoro więc twoje imię mnie nie interesuje, to w zasadzie nie interesujesz mnie ty sam. Może wcale nie chodzi o tragedię konkretnego człowieka, o podanie mu ręki, wyciągnięcie go z problemów. Może nie chodzi o uratowanie mu życia. Może w ogóle nie ważny jest jego prawdziwy problem? Może chodzi tylko o to, aby dać się poznać jako „osoba wrażliwa”, pokazać się. Sprawić wrażenie aktywności. Przykleić sobie etykietę dobrego człowieka. Już odchodząc od zasadniczego wątku, trochę mi to pachnie różnymi filantropami i kochającymi-cały-świat kandydatkami na miss…

Wracając do treści zaś — zapewne miało być bardzo poetycko, wrażliwie, szeroko. Pełne uniwersalizmu wołanie, objęcie rękami wszystkich w potrzebie, skupienie się na nich… Wyszło jednak nieuprzejmie, nieco gburowato, a przede wszystkim — bez troski o adresata tej wyciągniętej ręki, jakby to jednak nie o niego chodziło.

A swoją drogą — wciąż nie rozumiem, o co chodzi z tą szklanką…? 😉

Manitou – szukając ciszy, światła i wolności

Genialni, a zapomniani. Wyjątkowi, a jednak nieodkryci. Dla wielu słowo „manitou” kojarzy się co najwyżej z amortyzatorami rowerowymi lub jakimś zespołem metalowym. W moim przypadku jest inaczej.

Słyszałem ich wielokrotnie. Charakterystyczne dźwięki gitar przewijały się często i w wielu miejscach, byli obecni w lokalnych rozgłośniach radiowych, można było nawet zobaczyć ich grających w telewizji. To były chyba dość dobre czasy dla oryginalnych twórców.

Manitou - Nie daj się życiu - okładkaWreszcie konkret: to zespół Manitou. Chyba pierwszy utwór, który od początku z nimi kojarzyłem: „Mrok”. Charakterystyczne brzmienie, ten styl… Potem – wyszukiwanie wszelkich śladów, nagrywanie fragmentów usłyszanych w radiu na kasety. Szaleństwo. Wreszcie kupiona pierwsza kaseta: „Nie daj się życiu”. Pozostała ulubioną na długie lata, często do niej wracałem. Przestałem dopiero wtedy, gdy magnetofon przestał spełniać należycie swoją funkcję.

Zaczęli grać razem w 1992 roku i od razu zdobyli szerokie uznanie. Byli wyjątkowi, wyznaczali nową jakość we współczesnej polskiej muzyce religijnej. Andrzej Paśkiewicz i Piotr Smolik od początku stanowili trzon grupy i to nie zmieniło się przez cały czas trwania zespołu, choć pozostały skład ulegał przeobrażeniom. Wspomnianą płytę (i kasetę) wydali już w roku 1995 – kariera przebiegała więc bardzo dynamicznie.

Kolejne lata – koncerty, sukcesy, dwie kolejne płyty… I powoli o zespole słychać było coraz mniej. Podobno dobre czasy się skończyły. Być może ludzie przestali dostrzegać ambitnych artystów – górę zaczął brać rynek muzyki „pop”. Wiadomo – artysta też człowiek – jeść musi. Muzycy odchodzili stopniowo od treści stricte religijnych na rzecz poezji bardziej różnorodnej, głównie świeckich autorów (choć teksty pióra ks. Twardowskiego nadal się pojawiały), by w końcu zarzucić wspólne koncertowanie i zakończyć działalność zespołu. Nowe nagrania się nie pojawiały. Coraz rzadziej było też słychać w rozgłośniach te starsze, kultowe już. Pamiętam ten smutek w sercu, kiedy jedyne informacje o Manitou, to te, że zespół już nie będzie grał.

Andrzej Paśkiewicz w tym czasie aktywności muzycznej nie zarzucił. Od początku prowadził działalność pedagogiczną, uczył (i chyba nadal uczy) w szkole muzycznej w Łańcucie. Trzeba bowiem zaznaczyć, że ten utalentowany muzyk ukończył Wydział Gitary Akademii Muzycznej w Krakowie. Wielokrotnie koncertował z zespołem Justyny Steczkowskiej (również pochodzącej z Rzeszowa), był również zaangażowany w projektach jej brata Pawła, gościnnie występował też w wielu innych projektach, także teatralnych.

Ostatnio, nieśmiało dość, pojawiają się głosy, że Manitou znów jest w formie. Tu koncert, tam koncert. Mam nadzieję jeszcze nie raz o nich usłyszeć, a może i zobaczyć na żywo. Liczę na powrót w wielkim stylu.

Na co warto pójść do kina?

Solista – zdecydowanie polecam. Nie, nie napiszę nic więcej. Trzeba zobaczyć samemu. Film zdecydowanie warty jest obejrzenia w kinie.

Lingwistyka informatyczna stosowana

xkcd strip - Kilobyte

Wspaniałe. Nie mogłem się powstrzymać. 😀

Wielka wojna o to, kto będzie zarabiał na artystach

No i stało się. Zaczęły się dziać rzeczy nie mieszczące się w głowach. Nie mieszczące się normalnym ludziom, rzecz jasna. Autor naruszył prawa autorskie do własnego utworu…

Pomijając kwestię, czy to pomyłka, czy nie, czy prawnicy WM w końcu wyjaśnią sprawę (jak dotąd się nie udało…), warto zauważyć dysproporcję: drobni „piraci”, pobierający utwory z sieci są przestępcami, powodują gigantyczne straty i powinni płacić wielotysięczne odszkodowania; wytwórnia sprzedająca utwory, do których nie posiada praw i zbijająca na tym kolosalne pieniądze (patrząc ogólnie, bo trudno sugerować, żeby sama wspomniana w artykule piosenka pozwoliła zarobić miliony) — „wyjaśni” sprawę. Albo i nie. W końcu ma dobrych prawników. Stać ją.

Nie od dziś wiadomo, że duzi są bezkarni, że kto ma kasę, ten jest „równiejszy„. Koncerny nie muszą respektować prawa, nawet pomimo, że same mocno za tym prawem lobbują.

Swoją drogą, właśnie dzięki takiemu układowi prawo stało się swoją karykaturą – nie służy już ochronie porządku, nie służy słusznej sprawie, ale tworzy nowy porządek, często przewrotny. Służy konkretnym interesom konkretnych ludzi, którzy je tworzą.

A im chodzi przede wszystkim o kasę.

Twórcom też często chodzi o kasę. Tylko, albo przede wszystkim. Ale czas i tak weryfikuje ich wartość (jako muzyków, na przykład, albo filmowców, pisarzy…). I osobiście tu przede wszystkim widzę rolę praw autorskich — aby po latach jasne było, że dany utwór wyszedł spod ręki tego właśnie kompozytora, czy pisarza i to jemu należy się pamięć z tego tytułu. I, oczywiście, aby to właśnie ten artysta, nikt inny, na swoim dziele zarabiał. A wspomniany przypadek dowodzi, że w rzeczywistości daleko do realizacji tego celu.

Zupełnie osobnym zagadnieniem jest: „jak długo?” i „w jakim zakresie?” powinien zarabiać artysta. Jednak obecnie, kiedy wolność autorów w dysponowaniu własnym dziełem jest w ogóle znikoma, mówienie o tak zaawansowanych aspektach wykorzystania tej wolności jest bezprzedmiotowe.

Sytuacja ta nasuwa pytanie o cel istnienia systemu ochrony praw autorskich. Odnoszę wrażenie, że powoli zaczyna on zjadać sam siebie. Tak chyba jest z każdym organizmem, który jest zbyt pazerny. Zaczyna żyć tylko dla siebie. I nagle okazuje się, że nie jest już ważne, po co powstał.

Nie chodzi już o twórczość. Nie chodzi już o sprawiedliwość. Ani o prawo. Jaka jest więc motywacja do jego przestrzegania dla zwykłego człowieka?

Prawa autorskie powinny służyć autorom, tylko i wyłącznie. Prawda?

Baśka, czyli jednak czujemy, gdzie leży prawda

Baśka miała fajny biust
Ania styl, a Zośka coś, co lubię,
Ela całowała cudnie
Nawet tuż po swoim ślubie
Z Kaśką można było konie kraść
Chociaż wiem, że chciała przeżyć
Ze mną swój pierwszy raz
Magda – zło, Jolka mnie
Zagłaskałaby na śmierć
A Agnieszka zdradzała mnie

Przypominałem (i po trochu nuciłem w myśli) sobie ostatnio znaną piosenkę „Wilków”. Zwrócił moją uwagę taki jej fragment:

Wszystko mógłbym Izie dać – tak jak Oli,
Ale one wcale nie chciały brać

Zastanawiające – czy to nie wspaniały przykład samokrytyki autora tekstu? Oto mamy koncertowe przechwałki „playboya”, wypróbowującego po kolei wszystkie dziewczyny, po czym pada stwierdzenie, że te najbardziej wartościowe, na których mu najbardziej zależało nie są nim zainteresowane. Nie są łatwe. Może znają swoją wartość (i wartość zabiegającego o względy „podmiotu lirycznego”)? Może po prostu oczekują czegoś więcej, niż krótkiego zauroczenia? I jego, hm, „konsumpcji”…

Może on sam podskórnie czuje, że nie jest taki boski, za jakiego się uważa, że wzorzec „macho” i podrywacza to nie ideał. Może gdzieś w głębi wie, że potrzebuje czegoś innego.

PS. Kuriozalnie na tle całej piosenki brzmi wiersz:

A Agnieszka zdradzała mnie

Nieprawdaż?

Handel ludźmi;)

Podczas wczorajszego spaceru zaobserwowałem niepokojącą ofertę:

Oferta - sprzedaż dzieci

Sprzedaż dzieci

Read more »