Archive for Listopad 2009|Monthly archive page

Manitou – szukając ciszy, światła i wolności

Genialni, a zapomniani. Wyjątkowi, a jednak nieodkryci. Dla wielu słowo „manitou” kojarzy się co najwyżej z amortyzatorami rowerowymi lub jakimś zespołem metalowym. W moim przypadku jest inaczej.

Słyszałem ich wielokrotnie. Charakterystyczne dźwięki gitar przewijały się często i w wielu miejscach, byli obecni w lokalnych rozgłośniach radiowych, można było nawet zobaczyć ich grających w telewizji. To były chyba dość dobre czasy dla oryginalnych twórców.

Manitou - Nie daj się życiu - okładkaWreszcie konkret: to zespół Manitou. Chyba pierwszy utwór, który od początku z nimi kojarzyłem: „Mrok”. Charakterystyczne brzmienie, ten styl… Potem – wyszukiwanie wszelkich śladów, nagrywanie fragmentów usłyszanych w radiu na kasety. Szaleństwo. Wreszcie kupiona pierwsza kaseta: „Nie daj się życiu”. Pozostała ulubioną na długie lata, często do niej wracałem. Przestałem dopiero wtedy, gdy magnetofon przestał spełniać należycie swoją funkcję.

Zaczęli grać razem w 1992 roku i od razu zdobyli szerokie uznanie. Byli wyjątkowi, wyznaczali nową jakość we współczesnej polskiej muzyce religijnej. Andrzej Paśkiewicz i Piotr Smolik od początku stanowili trzon grupy i to nie zmieniło się przez cały czas trwania zespołu, choć pozostały skład ulegał przeobrażeniom. Wspomnianą płytę (i kasetę) wydali już w roku 1995 – kariera przebiegała więc bardzo dynamicznie.

Kolejne lata – koncerty, sukcesy, dwie kolejne płyty… I powoli o zespole słychać było coraz mniej. Podobno dobre czasy się skończyły. Być może ludzie przestali dostrzegać ambitnych artystów – górę zaczął brać rynek muzyki „pop”. Wiadomo – artysta też człowiek – jeść musi. Muzycy odchodzili stopniowo od treści stricte religijnych na rzecz poezji bardziej różnorodnej, głównie świeckich autorów (choć teksty pióra ks. Twardowskiego nadal się pojawiały), by w końcu zarzucić wspólne koncertowanie i zakończyć działalność zespołu. Nowe nagrania się nie pojawiały. Coraz rzadziej było też słychać w rozgłośniach te starsze, kultowe już. Pamiętam ten smutek w sercu, kiedy jedyne informacje o Manitou, to te, że zespół już nie będzie grał.

Andrzej Paśkiewicz w tym czasie aktywności muzycznej nie zarzucił. Od początku prowadził działalność pedagogiczną, uczył (i chyba nadal uczy) w szkole muzycznej w Łańcucie. Trzeba bowiem zaznaczyć, że ten utalentowany muzyk ukończył Wydział Gitary Akademii Muzycznej w Krakowie. Wielokrotnie koncertował z zespołem Justyny Steczkowskiej (również pochodzącej z Rzeszowa), był również zaangażowany w projektach jej brata Pawła, gościnnie występował też w wielu innych projektach, także teatralnych.

Ostatnio, nieśmiało dość, pojawiają się głosy, że Manitou znów jest w formie. Tu koncert, tam koncert. Mam nadzieję jeszcze nie raz o nich usłyszeć, a może i zobaczyć na żywo. Liczę na powrót w wielkim stylu.

Reklamy

Na co warto pójść do kina?

Solista – zdecydowanie polecam. Nie, nie napiszę nic więcej. Trzeba zobaczyć samemu. Film zdecydowanie warty jest obejrzenia w kinie.